Głośne piski, wiwaty, fani szalejący z radości – to były nieodłączne elementy każdego naszego koncertu, które nasilały się jeszcze bardziej wraz z końcowymi dźwiękami ostatniej już piosenki. To było cudowne uczucie, stać tak na środku ogromnej sceny i słuchać pełnych zachwytu wrzasków fanów. Czułem się wtedy cholernie dumny z siebie i z tego, co osiągnąłem. Gra na gitarze była moją największą pasją, więc nie potrzebowałem wcale sławy i tego wszystkiego, co się z nią wiązało. Mógłbym wciąż być zwykłym, nie wzbudzającym niczyjego podziwu chłopakiem, nie przeszkadzałoby mi takie życie, bylebym tylko miał swoją gitarę i na niej mógł grać całymi dniami. Jednak należałem do sławnego na całym świecie zespołu i to też mi odpowiadało. Nie chodziło o kasę, to że w ten sposób zarabiałem był tylko dodatkiem do reszty. Najważniejsze było to, że robiłem to, co kochałem i byłem za to doceniany.
Kochałem nasze koncerty. Kochałem tę atmosferę, tę pozytywną energię. To zmęczenie, które później odczuwałem, też było całkiem przyjemne, bo było efektem mojej ciężkiej pracy i wysiłku włożonego w to, żeby całość wypadła jak najlepiej. Nasze pokoncertowe imprezy, czy inaczej po prostu wypady do pobliskich klubów, też uwielbiałem. To był doskonały sposób na zrelaksowanie się, uczczenie kolejnego sukcesu, spędzenie wspólnie czasu na rozmowach o wszystkim i mnóstwie śmiechu.
Dzisiaj jednak było inaczej. Ukłoniłem się po raz ostatni w stronę oszalałego tłumu, po czym jako pierwszy zbiegłem szybko ze sceny. Czułem na sobie zdziwione spojrzenia chłopaków, ale mało mnie one w tej chwili obchodziły. Najwyżej powiem im, że źle się poczułem… Nieważne. Po prostu chciałem jak najszybciej stąd uciec i znaleźć się w swoim hotelowym pokoju. Wiedziałem jednak, że najpierw czekało nas tradycyjne wyjście do klubu. Na to też nie miałem ochoty i miałem zamiar się z tego wykręcić.
Za kulisami szybko oddałem swoją gitarę w czyjeś ręce – nie patrzyłem nawet, w czyje –
i skierowałem się do naszego wspólnego „pokoju”, czyli pomieszczenia, w którym szykowaliśmy się na koncert. Byłem wyczerpany i cały przepocony. Wiedziałem jednak, że jeśli teraz wezmę prysznic to na pewno natknę się na chłopaków, kiedy będę spod niego wychodził, a tego nie chciałem. W sumie nie chodziło o nich wszystkich. Chodziło tylko i wyłącznie o Gerarda.
Doskonale wiedziałem, że wszystko co robił na scenie, było na pokaz. Te wszystkie przelotne całusy w policzek, przytulanie, dwuznaczne spojrzenia, obmacywanie, czasami dłuższe pocałunki… to wszystko było tylko głupim show. Zdawałem sobie z tego sprawę i na początku nie przeszkadzało mi to ani trochę. Wiedziałem, jak fanki na to reagują, słyszałem ich przeraźliwie głośne piski, kiedy tylko Gerard się do mnie zbliżał. Uwielbiały to. Ja też to uwielbiałem. Bo czułem do Gerarda więcej, niż powinienem jako jego przyjaciel. Ale to nie miało znaczenia. Zachowanie wokalisty było tylko kolejnym elementem naszych koncertów. Nic więcej. Nic…
Nawet nie wiem, od kiedy to wszystkie przybrało taką postać. Od kiedy zacząłem z wytęsknieniem czekać na kolejny koncert, na kolejne zbliżenie z wokalistą, które powodowało dreszcze przechodzące po całym moim ciele jakby ktoś poraził mnie prądem oraz szybsze bicie serca. Wcale tego nie chciałem, ale jak miałem się przed tym bronić, skoro nawet nie wiedziałem, kiedy i jak tak właściwie się zaczęło?
Po dzisiejszym koncercie czułem się okropnie, chciało mi się płakać, dlatego tak szybko wybiegłem. Z jednej strony dobrze, że Gerard zrobił to dopiero pod koniec, więc jakoś zdołałem się opanować i nie rozryczeć jak baba przed całym tłumem fanów. Ale z drugiej strony… nie było nic dobrego w tym, jak mnie potraktował. Jak szmatę. Tak właśnie się czułem. Jak szmata, którą powycierał brudną podłogę.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Widziałem jak powoli się do mnie zbliża, posyłając w moją stronę ten swój uroczy uśmieszek. Odwzajemniłem go, jednak wciąż skupiałem się na grze. Skupiałem się tak bardzo, że nie zauważyłem, jak chłopak pojawił się nagle tuż przede mną, jakby wyrósł z podłogi. Spojrzałem na niego, zaskoczony, a on wykorzystał ten moment. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Niespodziewanie przestał śpiewać, złapał mnie za kark, wplatając rękę w moje włosy i przyciągnął do siebie gwałtownym ruchem. Przestałem grać, nawet bym nie potrafił, bo byliśmy za blisko siebie. Spojrzał mi prosto w oczy, uśmiechając się. W jego zielonych tęczówkach tańczyły wesołe iskierki. Ręką, w której trzymał mikrofon, odgarnął z bladej twarzy spocone włosy, po czym przeniósł ją na mój rozgrzany policzek. Przybliżył twarz
i mnie pocałował, ale zupełnie inaczej, niż zawsze.
To było niesamowite. Cały świat zniknął, wszystko dookoła mnie ucichło, zostaliśmy sami. Nie obchodziło mnie nic, nic poza Gerardem. Liczył się tylko on, jego miękkie usta przyciśnięte mocno do moich, jego gorący język prześlizgujący się po moich wargach, żeby potem spleść się z moim w namiętnym pocałunku. Było inaczej niż zawsze. Delikatniej, bardziej czule. Przeniosłem swoje ręce z gitary na biodra chłopaka, przyciągając go jeszcze bliżej. Tak bardzo się w tym zatraciłem, że przegapiłem moment, kiedy nasze usta się rozłączyły, a ręce chłopaka zniknęły po to, żeby po chwili odepchnąć mnie mocno od siebie. Gerard włożył w to tyle siły, że zachwiałem się i zatoczyłem do tyłu, o mało nie zaliczając bliskiego spotkania z podłogą. Ledwo udało mi się utrzymać równowagę. Spojrzałem z ogromny smutkiem i chyba wciąż resztkami zszokowania w oczach w stronę czarnowłosego. Pod wpływem mojego wzroku, szybko się odwrócił i wrócił do śpiewania. Ja też musiałem szybko się otrząsnąć i grać dalej. Od tej chwili nie marzyłem o niczym innym niż zakończeniu tego gówna, gdyż ledwo powstrzymywałem łzy zbierające się pod powiekami. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Po koncercie nawet się nie przebrałem. Wziąłem swoje rzeczy, dowiedziałem się, jak dojść do hotelu – na szczęście było bardzo blisko – i szybko wyszedłem tylnym wyjściem. Było mi gorąco, byłem spocony i wycieńczony. Chłodny powiew nocnego powietrza lekko mnie orzeźwił, jednak wciąż marzyłem o prysznicu i łóżku.
Szybko dotarłem do hotelu i swojego pokoju. Długi prysznic bardzo mi pomógł. Rozluźnił moje napięte mięśnie, zmył ze mnie zmęczenie i pozwolił chociaż na chwilę wyłączyć umysł i o niczym nie myśleć. Kiedy już przebrałem się w czyste, luźne ubrania położyłem się w hotelowym, podwójnym łóżku, zakopując po same uszy pod kołdrą. Chciałem być sam, zupełnie sam. Tylko i ja moje myśli.
Nie wiem, jak długo tak leżałem i rozmyślałem o tym wszystkim, patrząc tępym wzrokiem raz w sufit, a raz w podłogę. Zacząłem robić się zmęczony, jednak nie potrafiłem zasnąć. Nagle rozległo się ciche pukanie do moich drzwi. Zmarszczyłem brwi. Usiadłem, wygrzebując z pościeli telefon, który musiał wcześniej wypaść mi z kieszeni. Było już po północy.
Nie zdążyłem wstać, gdy drzwi lekko się uchyliły i wyjrzała zza nich dobrze znana mi, czarna czupryna.
- Mogę? – spytał nieśmiało chłopak.
- Nie – burknąłem pod nosem, wciąż siedząc na łóżku ze stopami postawionymi na dywanie. Nie posłuchał mnie i chamsko wprosił się do mojego pokoju. Zamknął za sobą drzwi i usiadł obok mnie, uśmiechając się do mnie i przyglądając mi się lekko rozbieganym wzrokiem.
- Jesteś pijany – skwitowałem. Od razu to zauważyłem.
Machnął tylko ręką, chichocząc pod nosem.
- Czemu tak szybko uciekłeś? – spytał, wyginając usta w podkówkę. Wzruszyłem ramionami, wlepiając wzrok w podłogę. – Nie poszedłeś z nami się napić – odparł z wyrzutem.
- Nie miałem ochoty – mruknąłem.
- Patrzeć na mnie też nie masz ochoty? – spytał, trącając mnie ramieniem.
- Aktualnie nie. Jestem śpiący. – Po części była to prawda, bo właśnie poczułem, że po każdym mrugnięciu moje powieki robią się coraz cięższe.
- A tam gadasz – zachichotał. Zazwyczaj nie brał nic na poważnie, kiedy nie był trzeźwy. Westchnąłem.
- Możesz już wyjść? – spytałem cicho.
- Nie – odparł krótko.
- Wyjdź.
- Popatrz na mnie.
- Wyjdź.
- Najpierw na mnie popatrz.
Nie chciałem wcale patrzeć na jego twarz, która jeszcze całkiem niedawno znajdowała się tak blisko mojej, ale co mogłem zrobić? Wiedziałem, że będzie upierał się przy swoim, a ktoś w końcu musiał odpuścić. Przeniosłem więc na niego wzrok, ale starałem się nie patrzeć mu prosto w oczy. Zaśmiał się i złapał mnie za podbródek, unosząc lekko w górę.
- Ale popatrz mi w oczy – poprosił. Niechętnie spełniłem jego prośbę i zatopiłem się w tym cudownym, głębokim szmaragdzie jego tęczówek, które swoim błyskiem zdradzały jego nietrzeźwość. Westchnąłem cicho. - No, teraz dużo lepiej. To powiedz mi teraz, na co w takim razie masz ochotę? – zachichotał znowu.
- Nie wiem – mruknąłem tylko, bo nie przychodziło mi nic innego do głowy. Nie lubiłem rozmawiać z pijanymi ludźmi, bo byli strasznie nieprzewidywalni i często ciężko mi było zrozumieć ich zachowanie i intencje.
- Może na to? – spytał cichutko. Przybliżył się do mnie tak, że stykaliśmy się czubkami nosów, a na twarzy czułem jego ciepły oddech. No i zapach alkoholu, oczywiście. Nie odrywał ode mnie wzroku. Zbliżył się jeszcze, przekrzywiając lekko głowę. Spojrzał na moje usta i już po chwili przyciskał do nich swoje. Zamarłem na sekundę, a potem moje serce zaczęło pracować dwa razy szybciej niż w normalnych warunkach. Poczułem rozgrzane dłonie chłopaka na sobie – jedną gładził mój policzek, a drugą obejmował w pasie, przez co byliśmy jeszcze bliżej siebie. Nie wiedziałem, co robić. Miałem cholerną ochotę się z nim całować, ale przecież był pijany i pewnie sam nie wiedział, co robił. Po alkoholu często włącza mu się miłość do wszystkich naokoło. Ale… tak bardzo chciałem poczuć znowu to samo, co dzisiaj na scenie, zanim mnie odepchnął…
Z lekkim wahaniem odwzajemniłem pocałunek. Poczułem jego uśmiech na swoich ustach. Po chwili rozchylił językiem moje wargi, a ja nie protestowałem. Całkowicie mu się oddałem. Czułem, że teraz może zrobić ze mną dosłownie wszystko, a ja… cóż, będę miał na to wszystko wyjebane.
Przyciągnąłem go bliżej, kładąc dłonie na jego plecach. On tymczasem zabrał rękę z mojego policzka i wplótł ją w moje włosy, tak samo jak na koncercie, a drugą wodził wzdłuż mojego kręgosłupa. Przeszedł mnie potężny dreszcz, a że byliśmy tak blisko siebie, byłem pewien, że Gerard też go poczuł.
Chłopak coraz bardziej na mnie napierał, nie przerywając pocałunku. Już po chwili leżałem na plecach, z głową na miękkiej poduszce, a chłopak wisiał nade mną, podpierając się na łokciach. Czułem się tak, jakbym to ja był tutaj pijany, a nie Gerard. Byłem tak zamroczony, że z dużym opóźnieniem zdałem sobie sprawę z tego, że pozbył się już swojej koszulki i teraz próbował ściągnąć moją. Jego ręce wodzące po mojej klatce piersiowej, po żebrach i brzuchu… Westchnąłem, tym razem głośno i pozwoliłem mu pozbawić mnie mojej górnej garderoby, na chwilę podnosząc się do pozycji siedzącej. Sekundę później znów leżałem, a Gerard zszedł z pocałunkami niżej. Wygiąłem głowę do tyłu, kiedy wodził językiem po mojej szyi, wgłębieniu w obojczyku, ciągle schodząc coraz niżej, aż dotarł do brzucha. Oderwał na chwilę usta od mojej skóry i – mówiąc krótko – zaczął dobierać się mi do gaci. Kiedy siłował się z moim paskiem, trochę się ogarnąłem i zacząłem zastanawiać, co my właściwie robimy i do czego zmierzamy. Gerard był pijany. Może nie schlany w trzy dupy, ale jednak mimo wszystko pijany i prawdopodobnie robił to wszystko pod wpływem jakiegoś dziwnego impulsu, nie zastanawiając się ani trochę nad konsekwencjami. Powinienem, jako dobry przyjaciel, przerwać to wszystko i kazać mu opuścić mój pokój lub, w razie potrzeby, zaprowadzić go do swojego. Tylko że nie chciałem tego robić. Nie chciałem przerywać. Wiedziałem, że potem możemy czuć się dziwnie i nieswojo w swoim towarzystwie. Way nie był na tyle nietrzeźwy, żeby nic nie pamiętać następnego dnia, chociaż mógłby udawać, że tak właśnie jest. Co jeśli to zniszczy naszą przyjaźń…?
Potrząsnąłem głową w duchu. Nie. W objęciach Gerarda było mi niezwykle dobrze i przyjemnie, i zapowiadało się na to, że będzie jeszcze lepiej. Zaszliśmy już za daleko i nie mogę nic zrobić, bo po prostu nie potrafiłbym się teraz powstrzymać. Za bardzo tego chcę. Stwierdziłem więc, że pierdolę wszystko. Co będzie, to będzie.
Gerard w końcu rozpiął mój rozporek, zsunął ze mnie spodnie i rzucił je gdzieś za siebie. To samo zrobił ze swoimi. A ja wciąż leżałem, obserwując go uważnie aż do momentu, kiedy znów znalazł się blisko, przygniatając mnie swoim ciężarem. Z powrotem zajął się moimi ustami, jeżdżąc dłońmi po całym moim ciele, drżącym pod wpływem jego dotyku. Ja za to głaskałem go po plecach, aż dotarłem do jego pośladków, opiętych cienkim materiałem bokserek. Zacisnąłem na nich dłonie, co spowodowało, że chłopak mruknął z zadowoleniem prosto w moje usta. Wspiął się trochę wyżej, przesuwając udem po moim kroczu. Jęknąłem cicho. Kiedy zamiast uda pojawiła się w tym miejscu jego ręka, jęknąłem jeszcze raz, ale dużo głośniej. Złapał mnie za moją męskość, która zdążyła już stwardnieć. Byłem strasznie podniecony i nie chciałem dłużej czekać, więc złapałem za gumkę od jego bokserek i pociągnąłem w dół. Poczułem, jak się uśmiecha. Oderwał się ode mnie, żeby mnie również pozbawić bielizny, po czym szybko z powrotem zatopiliśmy się w cudownym pocałunku. Poczułem jak rozchyla kolanem moje uda. Wiedziałem, co zaraz nastąpi i trochę się tego obawiałem, bo jeszcze nigdy nie robiłem tego z mężczyzną i nie wiedziałem, jak taki stosunek wygląda w praktyce. Wiedziałem też, że już za chwilę nie będzie odwrotu. Będę pieprzył się z Gerardem, moim przyjacielem. Jezu. Zaśmiałem się w myślach.
Gerard przygryzł lekko moją dolną wargę i odsunął się trochę, tak żeby spojrzeć na mnie zamglonym z pożądania wzrokiem. Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy. Byłem pewny, że tego chcę i chyba było to po mnie widać, bo chłopak nachylił się nade mnie i delikatnie mnie pocałował. Wszedł we mnie niespodziewanie, jednocześnie pogłębiając pocałunek. Bolało, jednak jego usta skutecznie stłumiły mój nagły okrzyk. Przez chwile nie ruszał się, po czym zaczął zagłębiać się w moim wnętrzu. Poruszał się powoli i delikatnie. Ból stawał się coraz lżejszy i bardziej znośny. Kiedy zniknął całkiem, poruszyłem lekko biodrami, dając tym do zrozumienia, że może przyspieszyć. Zrozumiał o co mi chodziło, bo wszedł głębiej, aż do końca, a później wycofał się tylko po to, żeby ponowić tę czynność. Patrzył przy tym prosto w moje oczy. Przymknąłem powieki. Jego pchnięcia stawały się coraz szybsze i mocniejsze, a ja wiłem się pod nim, zaciskając dłonie na pościeli i głośno jęcząc wprost do jego ucha. Z każdym ruchem jego bioder czułem, jak zbliżam się do cudownego spełnienia. On zresztą też. Co chwilę słyszałem pośród naszych wspólnych jęków moje imię wypowiadane przez Gerarda i czułem się wtedy jeszcze lepiej. Przeniosłem ręce z kołdry na jego plecy, wbijając w bladą, aksamitną skórę chłopaka swoje paznokcie, kiedy poczułem, że dochodzę. Sapnąłem głośno. Gerard skończył zaraz po mnie. Poczułem ciepło rozlewające się po moim organizmie. Ostatni raz jęknął przeciągle i opadł na moją klatkę piersiową. Oddychaliśmy szybko, próbując wyrównać oddechy. Byłem wykończony, ale równocześnie szczęśliwy jak nigdy.
Gerard osunął się na materac obok mnie. Przykrył nas kołdrą, a ja wtuliłem się w jego bok, kładąc głowę na jego ramieniu i oplatając go mocno w pasie. Westchnął bezgłośnie, bo poczułem, jak jego klatka piersiowa unosi się wysoko i za chwilę opada. Leżeliśmy tak w ciszy, chcąc nacieszyć się jeszcze swoją bliskością. Zamknąłem oczy.
- Frank? – spytał cicho Gerard.
- Mhm? – mruknąłem tylko. Nie doczekałem się odpowiedzi, więc otworzyłem oczy i uniosłem głowę, tak żeby móc spojrzeć na chłopaka, bo chyba tego ode mnie oczekiwał. Uśmiechnął się uroczo. W jego oczach tańczyły wesołe iskierki. Pogłaskał mnie po głowie.
- Bo… - zaczął i szybko spuścił wzrok. – Frank, ja… wcale nie jestem pijany.
Zmarszczyłem brwi, czekając aż powie coś jeszcze, bo na razie nie za bardzo rozumiałem, do czego dążył.
-To znaczy piłem, ale mało, bo szybko wyszedłem, żeby cię poszukać… - mówił cicho. – No i kiedy stwierdziłeś, że jestem pijany… pomyślałem, że to dobry pomysł… że będzie mi łatwiej, bo bałem się trochę tej rozmowy i tego, co z niej wyniknie… i pomyślałem, że jeżeli zrobię coś głupiego albo coś źle to zwalisz to na mój nietrzeźwy stan… ale teraz mi głupio… i chciałem cię przeprosić za to na koncercie, bo w sumie po to tutaj przyszedłem… widziałem, jak na mnie patrzyłeś wtedy, widziałem łzy w twoich oczach i miałem ogromne wyrzuty sumienia, bo wiem, że źle cię potraktowałem… tak mocno cię odepchnąłem, prawie upadłeś… tak mi głupio za to… po prostu za bardzo się wczułem i… no bałem się, że się za bardzo zapędzę i wiesz… posunę się za daleko…
Byłem lekko zaskoczony, kiedy zaczął mówić, ale z każdym jego słowem zacząłem wszystko rozumieć. Widziałem i słyszałem po tonie jego głosu, że faktycznie tego żałował. Mówił ze skruchą
i strachem, jakby bał się mojej reakcji. Postanowiłem więc rozładować trochę napięcie.
- Bałeś się, że mnie zgwałcisz na scenie? – zażartowałem. Zaśmiał się nerwowo.
- Naprawdę nie chciałem się tak mocno odepchnąć, przepraszam – wyszeptał. – W ogóle nie chciałem…
- No dobrze, nie gniewam się już – odparłem zgodnie z prawdą. Jak mógłbym być wciąż na niego zły po tym, co właśnie się między nami wydarzyło? Zwłaszcza, że na niego nigdy nie potrafiłem długo się złościć.
- Naprawdę? – spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. Pokiwałem głową z uśmiechem, po czym spoważniałem.
- A więc mówisz, że nie jesteś pijany? - spytałem powoli.
- Ja… no nie… nie jestem… - przyznał z wahaniem. – Nie chcę, żebyś myślał, że to wszystko wydarzyło się, bo się najebałem.
Zastanowiłem się nad tym. Gerard był trzeźwy. Udawał pijanego, bo myślał, że tak będzie mu łatwiej ze mną rozmawiać i jeśli zrobiłby coś głupiego, mógłby zwalić to później na swój stan. Czy w takim razie planował to, co się wydarzyło? Spodziewał się, że właśnie na tym się wszystko skończy?
- Czy to znaczy, że… - zacząłem, powoli sobie coś uświadamiając.
- Kocham cię, Frankie – wyznał, a ja zamarłem. Przez chwilę myślałem, że może się przesłyszałem albo że jednak Gerard sobie ze mnie żartuje. Czy to możliwe, że właśnie wypowiedział słowa, na które tak długo czekałem, ale których nigdy nie spodziewałem się usłyszeć z jego ust?
Popatrzyłem na jego twarz. Był śmiertelnie poważny.
- Czy możesz to powtórzyć? – wykrztusiłem, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.
- Kocham cię, Frankie – zaśmiał się uroczo.
Gerard Way właśnie powiedział, że mnie kocha.
Kocha.
Mnie.
Miałem ochotę skakać z radości.
Pozostałem jednak na miejscu, mocniej wtulając się w chłopaka i śmiejąc pod nosem. To było coś pięknego. Marzenia jednak się spełniają.
- Ja ciebie też, Gee. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Podniosłem głowę i złączyłem nasze usta w kolejnym tego dnia pocałunku. Znowu wszystko dookoła stało się nieważne. Nie myślałem o tym, co będzie jutro, jak będzie wyglądać nasze dalsze życie. Liczyła się teraz tylko ta chwila i to, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na tym świecie.

Koncertówki zawsze mają w sobie pewną magię :3
OdpowiedzUsuńAwwwh, wiesz jak mi brakowało podobnego one-shota? Piękne, naprawdę. Proszę o więcej takich! ♡
OdpowiedzUsuń| etudeofsoreness.blogspot.com |