21 lutego 2014

If there is no one who loves you... ~ ONE SHOT


„Bo jeśli na świecie nie ma nikogo, kto cię kocha, czy w ogóle istniejesz?” *


            Istniałem. Jakoś, bo jakoś, ale istniałem. To chyba dobre określenie. Nie żyłem, po prostu istniałem. Byłem sobie na tym świecie, nikomu niepotrzebny, przez nikogo niekochany. Przez nikogo nieznany. Owszem, ludzie wiedzieli, jak się nazywam, kojarzyli moją twarz, ale nikt mnie tak naprawdę nie znał. Były osoby, które wiedziały o mnie więcej niż samo imię i ulubiony kolor. Osoby, przed którymi się otworzyłem i którym z czasem pozwoliłem zagnieździć się w moim sercu. Ale one wszystkie odeszły. Rodzina, przyjaciele… Nie miałem już nikogo. Zostałem sam na tym pieprzonym świecie. Nigdy nie byłem towarzyski, byłem typem samotnika, jednak nigdy nie sądziłem, że wypowiadane w młodości słowa „zostawcie mnie samego, chcę zostać sam!”, zazwyczaj w ogromnej złości po kłótni z rodziną, kiedyś się spełnią. Wtedy uwielbiałem samotność, dzisiaj – nienawidzę jej.
            Czemu więc jeszcze istniałem? Czemu jeszcze stąpałem po tym świecie? Cóż, mimo że tak bardzo nienawidziłem swojego życia, nie chciałem umierać. Byłem tchórzem? Może. A może po prostu gdzieś w głębi mojego mrocznego, wyniszczonego serca tlił się jakiś malutki płomyk nadziei, że jeszcze wszystko się zmieni. Może za kilka dni, tygodni, lat spotka mnie jeszcze coś dobrego. Może kogoś poznam i nie będę już tak samotny… Chociaż w to akurat szczerze wątpiłem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym jeszcze przed kimś w pełni się otworzyć, ze wszystkiego zwierzyć, powierzyć moje tajemnice, podzielić się najskrytszymi myślami. Nie ufałem ludziom. Bałem się im zaufać. Bałem się do nich przywiązywać. Bo po co, skoro i tak wszyscy odchodzili? Jednak żyłem z przekonaniem, że każdy ma jakiś cel na tym zasranym świecie i byłem ciekaw, jaki przypadł mojej osobie – a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. W końcu nie byłem jeszcze taki stary, miałem dopiero dwadzieścia sześć lat, a więc całe życie przede mną, tak?


            Dwudziesty czwarty grudnia. Kolejne samotne święta, które zamierzałem spędzić tak samo, jak wszystkie poprzednie. Rano zrobiłem małe zakupy – byłem sam, więc nie potrzebowałem dużo jedzenia. Postawiłem na małym stoliku, stojącym w jednym z kątów salonu i głównie będącym stojakiem pod telewizor, miniaturową, sztuczną choinkę z czerwoną kokardką na czubku, powiesiłem kolorowe lampki nad oknem i od razu je włączyłem. Uśmiechnąłem się ironicznie na ten widok. Cóż za świąteczny klimat.
            Nienawidziłem świąt jeszcze bardziej niż każdego innego dnia. W sumie mógłbym spędzać je całkiem normalnie, udając że to zwyczajny dzień, niczym nie różniący się od innych, ale w jakimś sensie byłem przywiązany do tych rodzinnych tradycji i choć w malutkim stopniu chciałem je kontynuować. Tylko co to były za rodzinne tradycje bez rodziny? Prychnąłem pod nosem na tę myśl.
            A nienawidziłem dwudziestego czwartego grudnia tak bardzo, ponieważ wtedy jeszcze bardziej odczuwałem swoją samotność. Każdy spędzał święta z bliskimi, ciesząc się z ich towarzystwa i tej cudownej, niepowtarzalnej atmosfery panującej akurat w ten jeden, wyjątkowy dzień. A ja? Nie miałem nawet kota. Byłem sam jak palec. Chociaż nawet taki palec miał lepsze życie ode mnie, w końcu będąc uczepionym do dłoni miał obok siebie cztery pozostałe palce. Kurwa.
            Połowę dnia przespałem, a wieczorem udałem się na cmentarz. Już z daleka można było dostrzec unoszącą się nad nim poświatę, którą tworzyły palące się znicze. Miała pomarańczowo-czerwony odcień i przywodziła mi na myśl słaby płomyk ognia. Po przekroczeniu bramy, skręciłem w jeden z wielu rzędów. Chodziłem pomiędzy nagrobkami, przystając w końcu przy dwóch, tak dobrze mi znanych. Westchnąłem tylko cicho, siadając na rozpadającej się ławce, która zaskrzypiała i ugięła się pod moim ciężarem. Było o wiele zimniej niż rok temu, więc nie zamierzałem spędzić tutaj dużo czasu.
            Spojrzałem najpierw na jedną tabliczkę, a później na drugą. W oczach stanęły mi łzy, ale tym razem szybkie mruganie zapobiegło spłynięciu ich po moich policzkach. Patrzyłem właśnie na groby dwóch najbliższych mi osób w całym życiu, osób, których najbardziej mi teraz brakowało. Nie czułem już nawet smutku czy tęsknoty, wiedziałem, że te uczucia mi w niczym nie pomogą, nie przywrócą im życia. Wypełniała mnie tylko przeraźliwa pustka i przygniatała świadomość, że nic jej już nie wypełni.
            Wcisnąłem ręce do kieszeni kurtki, ale i tak po pewnym czasie poczułem, jak zaczynają zamarzać mi palce. Podniosłem się z ławki, rzuciłem ostatnie spojrzenie w stronę tabliczek na tych dwóch nagrobkach. Donna i Mikey Way. Moja mama i mój brat. Osoby, dzięki którym kiedyś byłem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.
            Ruszyłem w stronę domu, trzęsąc się z zimna. Szybki chód trochę by mnie rozgrzał, ale nigdzie mi się przecież nie spieszyło. Podążałem więc wolnym krokiem przed siebie, mijając po drodze pełne szczęścia i miłości domy. Wcale nie chciałem wracać do swojego pustego mieszkania, ale jaki miałem wybór? Włóczenie się po mieście przy tak niskiej temperaturze nie było dobrym pomysłem.
            Nagły trzask wyrwał mnie z zamyślenia. Uniosłem w górę wzrok, dotąd wlepiony w czubki moich butów, i zatrzymałem się. Tym hukiem okazały się zatrzaśnięte mocno drzwi, jakieś kilkanaście metrów przede mną, zza których wybiegł nieznany mi chłopak. Nie zdążyłem nawet mrugnąć, kiedy poczułem, jak wpada na mnie z takim impetem, że oboje się zachwialiśmy. Załapałem go za ramię, ratując przed upadkiem na zimny śnieg.
            - Przepraszam – wyszeptał drżącym głosem, ze spuszczoną w dół głową. Ciemne, dłuższe włosy opadały na jego twarz, całkowicie ją zasłaniając.
            - Wszystko w porządku? – spytałem, nawet nie wiem czemu. Zazwyczaj tak bliski kontakt z ludźmi niezwykle mnie denerwował i szybko wyprowadzał z równowagi, jak tylko ktoś mnie szturchnął miałem ochotę go zabić. Ale ten chłopak nie wyglądał za dobrze. Cały się trząsł, może ze złości, może płakał, a może dlatego, że był w samej bluzie. Podejrzewałem, że coś musiało się stać, skoro tak nagle wybiegł z domu. Tylko czego ja oczekiwałem? Przecież byliśmy dla siebie zupełnie obcy.
            Odpowiedział po krótkiej chwili, wciąż cicho, jednak już pewniejszym tonem.
            - Nie.
            Minął mnie, nie podnosząc głowy i odszedł szybkim krokiem, prawie biegiem. Odwróciłem się za nim, stojąc wciąż w miejscu. Co mogłem zrobić? Biec za nim? Nawet go nie znałem. Trochę przykre, że tak będzie marzł w święta, widocznie z jakimś problemem na głowie, ale nic nie mogłem na to poradzić. Ruszyłem w stronę swojego mieszkania. W tę samą stronę, w którą pobiegł przed chwilą nieznajomy.
            Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem go po raz drugi, prawie pod moją kamienicą. Może to przeznaczenie? Prychnąłem w myślach. Robisz się coraz bardziej głupi i naiwny z wiekiem, Way.
            Chłopak siedział na ławce, całej przykrytej białym puchem. Rękami obejmował swoje podkulone nogi, opierał brodę na kolanach i wpatrywał się pustym wzrokiem gdzieś przed siebie. Im bliżej podchodziłem, tym lepiej widziałem jego twarz. Miał czerwone, zapuchnięte od płaczu oczu i drżące z zimna oraz targających nim emocji usta. Wyglądał młodo, mógł być jeszcze nastolatkiem.
            Strzepnąłem śnieg z drewnianej deski i usiadłem obok niego. Widocznie coś się w jego życiu stało
i wcale nie chciałem dowiadywać się, co to takiego. I tak pewnie nie zwierzyłby się obcemu. Po prostu nie mogłem tak obojętnie przejść, widząc, jak siedzi na tej ławce i powoli zamarza. Źle bym się czuł, gdybym rano odnalazł go w tym samym miejscu, ale zmienionego w bryłę lodu.
            - Nie jest ci zimno? – spytałem, nie wiedząc, jak inaczej mógłbym rozpocząć rozmowę.
            - Trochę – mruknął.
            - Masz zamiar tak tu siedzieć? – przybrałem obojętny ton.
            - Może tak, może nie. Nie wiem, co cię to obchodzi.
            - Nie chcę następnego dnia znaleźć trupa pod swoim domem – wzruszyłem ramionami. – Masz może ochotę na gorącą czekoladę? – spytałem nagle. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale nie zdążyłem nawet pożałować wypowiedzianych pod dziwnym impulsem słów, gdy chłopak się odezwał, spoglądając na mnie niepewnie.
            - W sumie to napiłbym się czego ciepłego.


            Otworzyłem drzwi mojego niewielkiego mieszkania, zapraszając chłopaka gestem ręki do środka, a później zaprowadziłem go do salonu – wystarczyło skręcić w lewo zaraz po wejściu do wąskiego korytarza. Usiadł na sofie, a ja skręciłem do niewielkiej kuchni, do której przechodziło się przez salon. Te dwa pomieszczenia były jako tako ze sobą połączone, oddzielała je cienka ściana, w której znajdowały się kiedyś szerokie, duże drzwi – teraz po nich pozostała tylko sama framuga. Siedząc w salonie było widać niemalże całą kuchnię.
            Zrobiłem dwie gorące czekolady w największych kubkach, jakie posiadałem, i postawiłem na stoliku przed sofą, a sam usiadłem obok bruneta. Dopiero wtedy na mnie spojrzał. Był już dużo spokojniejszy, jednak wciąż przez jego ciało przechodziły dreszcze, na tyle duże, że bez problemu jej zauważyłem. Odwróciłem się za siebie – na skraju sofy leżał złożony koc. Podałem go chłopakowi. Uśmiechnął się z wdzięcznością i szczelnie nim opatulił.
            - Ładne masz mieszkanie – stwierdził po chwili ciszy. Miał przyjemny głos, w którym można było wyczuć pewne ciepło i sympatię. Musiał być z natury miłą osobą, jedynie wcześniej coś bardzo wytrąciło go z równowagi.
            Rozejrzałem się. Salon był mały, jak każde pomieszczenie w tym mieszkaniu zresztą, a jego wyposażenie było raczej ubogie. Niewielka sofa, przed nią drewniany stół, obok fotel. W jednym kącie stolik z kilkoma szufladami, na którym stał stary telewizor i miniaturowa choinka. W drugim kącie regał z książkami. Na parapecie kilka kwiatków, gdzieniegdzie porozrzucane gazety i jakieś papiery. Nic specjalnego.
            - Dziękuję – odpowiedziałem grzecznie. Brunet wziął do rąk parujący kubek i pochylił się nad nim, przymykając powieki.
            - Czemu się mną zainteresowałeś? – spytał cicho. – Naprawdę chodziło tylko o to, że nie chciałeś znaleźć mnie zamarzniętego pod swoim domem? – uniósł w górę jedną brew, spoglądając na mnie kątem oka.
            - Czy ja wiem – mruknąłem. – Może przez tę całą magię świąt włączyła mi się jakaś troska
o nieznajomych, nie mam pojęcia tak szczerze mówiąc.
            - Magia świąt – prychnął z pogardą. – A w ogóle nie przeszkadzam ci w taki dzień? – dodał
z lekkim wahaniem, jakby spodziewał się, że mógłbym go wygonić.
            - Skoro cię zaprosiłem to raczej nie – skusiłem się na lekki uśmiech. – Zresztą, jak widać, i tak spędzałbym te święta samotnie.
            - Dlaczego? – zaciekawił się.
            - Bo z kim miałbym je spędzać? – zapatrzyłem się przed siebie. Znów wróciła ta pustka. A może ona wcale nie zniknęła.
            - Z rodziną? Przyjaciółmi? Znajomymi…?
            - Nie mam rodziny, przyjaciół ani nawet znajomych, nie licząc tylko tych ludzi, których codziennie zmuszony jestem oglądać w pracy – mruknąłem. – A ty? Czemu uciekłeś z domu? – ponowiłem pytanie, które zadałem mu już jakiś czas temu. Może tym razem się dowiem.
            - Bo nie miałem po co tam siedzieć – odparł z goryczą. – Nie miałem ochoty znów oglądać tych wymuszonych uśmiechów, słuchać sztucznie miłego tonu u każdego i odpowiadać mu tym samym. Rzygam już takimi świętami. Cały rok zjebany, a w ten jeden cholerny dzień wszyscy udają, że jest okej. Nic nie jest okej, kurwa – wyrzucił z siebie. Znów wezbrała się w nim złość. – Już wolałbym być w ten dzień sam niż z taką popieprzoną rodzinką.
            - Teraz tak mówisz i nie brzmi to tak źle, ale w rzeczywistości zostać samym na święta, gdzie dookoła każdy spędza je z kimś bliskim, to najgorsze, co może być. Uwierz.
            - Samotność nie wydaje się wcale taka zła – skwitował. Zaśmiałem się gorzko, słysząc własne słowa za czasów mojego nastoletniego życia.
            - Też tak kiedyś mówiłem. Aż w końcu naprawdę zostałem zupełnie sam.
            - Czemu tak się stało? – popatrzył na mnie wręcz z dziecięcym zaciekawieniem, ale też jakby… współczuciem i troską. Już się uspokoił. Miał piękne, duże oczy w kolorze bursztynu, otoczone gęstą kurtyną ciemnych rzęs. W jego spojrzeniu było coś dziwnie kojącego i uspokajającego, zachęcającego do zwierzania się z najgłębszych tajemnic. Mimo jego młodego wyglądu jego oczy wyglądały, jakby należały do dorosłego, mądrego człowieka z całym bagażem przeróżnych doświadczeń. Nie wiem czemu, ale zachciałem o wszystkim mu opowiedzieć. Czułem, że by mnie zrozumiał.
            - Powoli wszyscy bliscy mi ludzie zaczęli odchodzić – zacząłem cicho. – Nigdy nie miałem dużo znajomych, a z tymi bliższymi straciłem kontakt zaraz po skończeniu liceum. Miałem jednego przyjaciela, który jednocześnie był moim bratem. Razem z mamą byli najważniejszymi osobami w moim życiu. Straciłem ich na raz, jednego dnia. Zginęli w wypadku samochodowym, kiedy jechali mnie odwiedzić kilka miesięcy po mojej wyprowadzce. Jeszcze nie widzieli mojego nowego mieszkania, chcieli zobaczyć, jak się urządziłem… - urwałem na chwilę. – Tato zostawił nas jak byłem małym dzieckiem, a z dziadków pamiętam tylko babcię, ale ona ciężko chorowała i też odeszła. Po tym wszystkim nieźle się załamałem, wpadłem w depresję. Wtedy rzuciła mnie dziewczyna, która na początku starała mi się pomagać, ale potem stwierdziła, że to wszystko ją już przerasta. Miała dość mnie, moich problemów i w ogóle tego wszystkiego – uśmiechnąłem się ponuro. – No i w ten sposób zostałem sam.
            Chłopak przez chwilę wpatrywał się we mnie z ogromną uwagą i skupieniem, po czym odłożył swój kubek na stół i zrobił coś, czego się kompletnie nie spodziewałem. Przysunął się bliżej i otoczył mnie swoimi ramionami, obejmując na początku trochę niepewnie, jednak po chwili wzmocnił swój uścisk. Przez moment siedziałem nieco zdezorientowany, ale kiedy tylko poczułem bijące od niego ciepło, rozluźniłem się i objąłem go w pasie, jednocześnie się do niego przybliżając. Pogłaskał mnie leciutko po plecach, a ja poczułem, jak iskierka nadziei w moim sercu nagle rośnie. Było mi dużo lżej, miałem wrażenie, że wszystko jeszcze wróci do normy, że wszystko będzie dobrze. Dziwne, zapomniane już przeze mnie uczucie wypełniło mnie całego, od palców u stóp aż po sam czubek głowy. Czy to właśnie było szczęście?
            - Dziękuję – mruknąłem w ramię chłopaka.
            - Nie ma za co – odparł wesoło. – Tak w ogóle to jestem Frank.
            Zaśmiałem się. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy.
            - Gerard – uśmiechnąłem się.
           

            Dwudziesty czwarty grudnia.
Minął dokładnie rok. Dwanaście miesięcy, które całkiem zmieniły moje życie, wnosząc do niego wiele szczęścia i pozytywnego nastawienia. Już nie byłem tym samym, samotnym człowiekiem. Już nie spędzałem całych dni tylko wśród ludzi z pracy, a później sam w domu, rozpaczając nad swoim życiem. Patrząc w lustro nie mogłem uwierzyć, że to ja. Uśmiechnięty, z radosnym błyskiem w oczach. Naprawdę szczęśliwy. A wszystko dzięki jednemu człowiekowi, którego poznałem przypadkiem dokładnie rok temu.
Frank był cudowną osobą. Nigdy w życiu nie poznałem kogoś z tak wielkim zasobem pozytywnego nastawienia i energii, która wręcz go rozpierała od środka. Jak każdy miewał złe dni, ale nawet mimo to potrafił się uśmiechać, chociaż wtedy jego uśmiech nie dosięgał oczu. Tych ślicznych, miodowych oczu, z których można było czytać jak z otwartej księgi, bo zawsze wyrażały wszystkie targające nim od środka emocje.
Już w tamtą Wigilię czułem, że zostaniemy z Frankiem bliskimi przyjaciółmi. Przegadaliśmy prawie całą noc, rozmawiało nam się dobrze nawet o zwykłych pierdołach. W sumie gadaliśmy głównie o różnych głupotach, co chwile wybuchając śmiechem. To były dla nas obu najlepsze święta od dłuższego czasu, a dla mnie dodatkowo początek czegoś nowego. Nowego, lepszego życia. Koniec z samotnością.
Kilka dni po świętach Frank przyszedł do mnie z dość dużą, wypchaną torbą w rękach i gitarą przewieszoną przez ramię. Od razu zauważyłem, że coś się stało. Był nie tyle smutny, co przygaszony i spoglądał na mnie niepewnym wzrokiem. Wyjaśnił, że poważnie pokłócił się z rodzicami i spytał, czy może spędzić u mnie chociaż kilka dni, bo nie ma gdzie się podziać. Obiecał, że jak najszybciej znajdzie sobie jakieś mieszkanie, ale stwierdziłem, że to nie będzie potrzebne. Powiedziałem mu, że może u mnie mieszkać, ile tylko zechce. Przecież i tak byłem sam, a jego towarzystwo bardzo lubiłem, więc mieszkanie we dwójkę wydało mi się świetnym pomysłem.
I tak też było. Frank znalazł sobie pracę w pobliskim sklepie muzycznym i był z niej bardzo zadowolony. Ja na moją narzekałem znacznie mniej, bo pracowałem ze świadomością, że po tych kilku męczących godzinach wrócę do domu, w którym będzie już czekał Frank. Chłopak, podobnie do mnie, nie miał przyjaciół i wielu znajomych, więc każde popołudnie i weekendy spędzaliśmy razem. Nie potrzebowałem dużo czasu, że przyzwyczaić się do jego towarzystwa, które po całym roku było już dla mnie czymś oczywistym i naturalnym jak oddychanie. Wspólnie spędzony czas bardzo nas do siebie zbliżył,
z całą pewnością mogłem nazwać go moim najlepszym przyjacielem i wiedziałem, że w drugą stronę było tak samo. Mówiliśmy sobie o wszystkim, począwszy od błahostek, skończywszy na poważnych sprawach. I pomyśleć, że jeszcze niedawno nie ufałem ludziom i szczerze wątpiłem w to, że będę w stanie przed kimś tak całkowicie się otworzyć. A jednak, udało się. Znalazłem osobę, która doskonale mnie rozumiała i była przy mnie zawsze, kiedy tego potrzebowałem. Nie wiem, co takiego miał w sobie Frank, ale wystarczyła tylko jego obecność, żebym lepiej się poczuł. Nie musiał nic mówić, ważne, żeby po prostu był. Odkąd ze mną zamieszkał stałem się dużo szczęśliwszym człowiekiem, potrafiłem czerpać radość ze wszystkiego, co wcześniej tak bardzo mnie przytłaczało. Rzadko miewałem złe nastroje, a kiedy już się pojawiały, sam uśmiech chłopaka szybko je przeganiał. Frank za to częściej ode mnie bywał smutny, ale nie lubił się do tego przyznawać, zawsze wymigiwał się tym, że po prostu się zamyślił. Ja jednak wiedziałem swoje, za dobrze go znałem, żeby nie zauważyć braku tej iskierki radości w jego miodowych oczach, która zawsze tak pięknie je rozświetlała. O nic jednak nie pytałem, siadałem obok niego i po prostu przy nim byłem, nie przerywając panującej między nami ciszy, tak jak on był zawsze przy mnie. Po jakimś czasie chłopak uśmiechał się, spoglądając przy tym prosto w moje oczy, przytulał mnie mocno i wypowiadał ciche „dziękuję” w moje ramię. A ja czułem się wtedy najszczęśliwszy na świecie. Cieszyłem się, że mogłem mu w jakiś sposób pomóc, że byłem dla niego ważny, że znów wracał ten błysk w jego oczach. Ale najbardziej cieszyłem się dlatego, że przez tę krótką chwilę mogłem trzymać go w ramionach, czuć ciepło jego ciała tak blisko mnie, jego oddech owiewający moją szyję, drobne ramiona oplatające mnie w pasie…
Była jedna rzecz, której Frank o mnie nie wiedział.
Byłem w nim okropnie zakochany.
Sam nie wiem, kiedy i jak to się stało. Wiedziałem tylko, że na pewno nie wydarzyło się to nagle. Czułem, że chłopak staje mi się coraz bliższy, jednak wciąż uważałem to za przyjaźń. Bo co innego mogłem o tym myśleć? Nie byłem przecież gejem. Z drugiej strony, skąd miałem mieć pewność co do mojej orientacji, skoro ostatnio nikt mi się nie podobał? Stąd, że miałem kiedyś, dawno temu dziewczynę? Minęło już dużo czasu, odkąd ze mną zerwała i nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek zwrócił moją uwagę od tego czasu. Aż do teraz. Aż pojawił się Frank. Wspaniały człowiek, który nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele wniósł do mojego życia, jak bardzo mi pomógł. Uratował mnie, wyrwał z tego szarego, samotnego życia, którego miałem już dosyć. Czułem, jakbym znał go od zawsze. Wiedziałem, że mogę o wszystkim mu powiedzieć, bo zawsze mnie wysłucha i nigdy nie odtrąci. Ale jak miałem powiedzieć mu o tym, że ostatnio coraz częściej o nim myślałem? Coraz częściej zastanawiałem się, czy po prostu jest naprawdę bliskim przyjacielem czy może kimś więcej? Że zacząłem dziwnie czuć się w jego obecności? Na jego widok moje serce wykonywało dziki taniec radości, czułem jak obijało się o żebra, jak zaczynało pompować więcej krwi, która rozlewała się po moich policzkach. Kiedy przypadkiem zetknęliśmy się ramionami, przez moje ciało przechodził dreszcz. Kiedy spoglądałem w jego oczy, wszystko dookoła znikało, widziałem tylko to bursztynowe, przeszywające spojrzenie, w którym się zatracałem. Kiedy się uśmiechał, ja sam nie potrafiłem powstrzymać szerokiego uśmiechu. A kiedy przychodziły takie chwile, że mnie przytulał, czułem to wszystko naraz, te wszystkie emocje, ogromne szczęście, wręcz euforię, spokój i ulgę, bo wreszcie moje życie zaczęło się układać.
Zacząłem analizować zachowanie Franka, wciąż przy okazji próbując zrozumieć moje własne. Nie dostrzegałem jednak żadnych znaków świadczących o tym, że chłopak czułby to samo, co ja. Ale czego ja się spodziewałem? Że pewnego dnia rzuci mi się w ramiona i wyzna, jak bardzo mnie kocha? Ugh, przecież ja sam nie wiedziałem, co do niego czułem. Nie byłem wcale tak całkowicie pewien, że to wszystko było miłością, bo jeszcze nigdy nikogo nie kochałem. Dlatego też nic z tym nie zrobiłem, starałem się żyć tak samo, jak zanim sobie to wszystko uświadomiłem. Było trochę ciężko, bo za każdym razem, kiedy Frank tak ślicznie się do mnie uśmiechał, miałem ochotę mocno go przytulić, zamknąć w uścisku swoich ramion i nigdy nie puszczać. Przyłapałem się nawet na myśleniu o jego ustach. Jakie są w dotyku, jak smakują, jakby to było je całować… To chyba był wystarczający dowód, że byłem gejem zakochanym w swoim najlepszym przyjacielu, ale jakoś wciąż w to nie potrafiłem uwierzyć. Pewnie dlatego, że gdybym już sam się z tym pogodził, nie wiedziałbym, co robić. Bałbym się wyznać wszystko Frankowi. Bałbym bym się jego reakcji, bałbym się zniszczyć tym naszą przyjaźń. Chciałem od niego więcej, ale przecież takie życie też mi odpowiadało, też byłem szczęśliwy. Znalazłem kogoś, komu na mnie zależało i to powinno mi wystarczyć.
Mimo wszystko serca nie da się oszukać. Czułem dziwny ucisk, dziwne uczucie, jakby czegoś wciąż mi brakowało, jakbym ciągle na to czekał, jakby coś miało się wydarzyć. Czułem, jak tli się w nim mały promyk nadziei, z każdym dniem coraz większy i mocniejszy…


Wigilię spędziliśmy z Frankiem całkiem skromnie. Wyrzuciłem tę małą, sztuczną choinkę, którą co roku marnie przystrajałem tylko po to, żeby dodać mojemu mieszkaniu jakiś świąteczny akcent. Kupiłem nową, tym razem żywą, którą postawiliśmy między kanapą a fotelem i wspólnie ubraliśmy. Nie była duża, ale przynajmniej wystarczyło wszystkich bombek i innych ozdób, które miałem w domu. Postanowiłem już co roku kupować żywą choinkę, bo roznosiła ładny zapach po całym domu i od razu robiło się jakoś tak bardziej świątecznie.
Za moim długim namowom Frank zgodził się odwiedzić swoją rodzinę. Co prawda już dawno się z nimi pogodził, ale mimo to wciąż miał do nich uraz i nie lubił ich odwiedzać. Zgodził się na moją prośbę bardzo niechętnie, ale zgodził. Powiedział, że robi to tylko ze względu na mnie, bo nie potrafi się oprzeć, kiedy tak uroczo go proszę. W duchu aż podskoczyłem z radości na to wyznanie.
 Żeby dodać mu otuchy, odprowadziłem go pod dom, z którego wybiegł dokładnie rok temu, dzięki czemu się poznaliśmy. Uśmiechnąłem się pokrzepiająco, zanim zniknął za ciemnymi drzwiami, a sam udałem się, jak co roku, na cmentarz, żeby również odwiedzić swoją rodzinę.
Usiadłem na ławce, która zatrzeszczała dużo głośniej niż ostatnio, i schowałem ręce w kieszeniach. Sam nie wiem, ile tak siedziałem, wpatrując się tępo przed siebie. Zupełnie jak ostatnim razem. Znowu wróciła ta pustka, ale tym razem nie uroniłem ani jednej łzy. Wiedziałem, że przecież wszystko się zmieniło i było już dobrze, ale mimo to czułem się tak samo, jak rok temu. Smutny i samotny. Jakbym cofnął się w czasie. Nie byłem już sam, miałem przecież Franka, najwspanialszego człowieka na świecie, jednak wciąż tęskniłem za mamą i bratem, i pewnie dlatego znów tak się czułem patrząc na ich nagrobki, po raz kolejny boleśnie sobie uświadamiając, że już nigdy ich nie zobaczę.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos stawianych w śniegu kroków, a po chwili skrzypnięcie drewna. Ławka ugięła się lekko pod czyimś ciężarem. Nie odwróciłem jednak wzroku, wciąż wpatrywałem się w dwa nagrobki przede mną. Wiedziałem, kto usiadł obok.
- Gerard – usłyszałem jego szept. Nie odpowiedziałem, spuściłem tylko wzrok. Frank przysunął się bliżej. Poczułem dotyk na ramieniu, a chwilę później chłopak obejmował mnie mocno, jedną ręką w pasie, a drugą między łopatkami. Wtuliłem się w jego ramię, czując jak te wszystkie okropne uczucia opuszczają moje ciało. Frank przesunął jedną rękę wyżej, na mój kark, a później włosy. Pogłaskał mnie delikatnie. Pod wpływem jego dotyku przeszedł mnie mocny dreszcz, co chłopak odebrał nieco inaczej.
- Gee – wyszeptał. Kolejny dreszcz. – Chodźmy już, robi się coraz zimniej, a ty tak długo tutaj siedzisz, że pewnie już zamarzasz.
W jego objęciach nie było mi ani trochę zimno, ale przecież nie mogliśmy przesiedzieć całej nocy na cmentarzu. Oderwałem się od niego niechętnie i uśmiechnąłem lekko, co od razu odwzajemnił. Nikt na świecie nie uśmiechał się śliczniej od Franka.
- No chodź, Gee. – Wstał i pociągnął mnie za rękę w górę.
Szliśmy w ciszy, ale nie przeszkadzało mi to. Cisza między nami nigdy nie była krępująca, wręcz przeciwnie. Frank był osobą, z którą nawet milczenie było przyjemne. Kiedy zerkałem na niego kątem oka, widziałem że był mocno zamyślony. Patrzył gdzieś przed siebie nieobecnym wzrokiem, co chwilę zabawnie – i pewnie nieświadomie – marszcząc ten swój zgrabny nosek. Ciekawiło mnie, nad czym tak rozmyślał. Może o swojej wizycie u rodziny? Tak, to było całkiem możliwe. Postanowiłem, że w domu spytam go, jak było, a może sam wcześniej mi opowie.
Przechodziliśmy akurat jedną z głównych ulic. Zazwyczaj panował tutaj duży chaos i ciężko było przecisnąć się przez tłum zabieganych ludzi, jednak dzisiaj było wyjątkowo cicho i spokojnie. Nic dziwnego, zdecydowana większość ludzi siedziała teraz w ciepłych domach, w końcu była Wigilia. Pamiętam, jak bardzo zazdrościłem rok temu tym ludziom. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tyle się zmieni w moim życiu i że kolejne święta już nie będą samotne, nawet mi to przez myśl nie przeszło. Teraz tylko miałem nadzieję, że te złe czasy już nie powrócą do mojego życia, chciałbym żeby pozostało tak, jak było teraz.
Rozejrzałem się. Z ciemnego nieba spadały małe płatki śniegu, biały puch okrywał wszystko dookoła, tworząc ładny zimowy obrazek. Światło latarni, stojących wzdłuż chodnika w równych odstępach, rzucały na wszystko żółtawą poświatę, która mieszała się z kolorowymi światełkami zdobiącymi prawie każdą sklepową wystawę. Jeszcze rok temu gardziłem tymi wszystkimi świątecznymi ozdobami, których wszędzie było pełno – gdzie nie spojrzałem były jakieś choinki, bombki, święte Mikołaje i inne takie. Teraz mi nie przeszkadzały, mogłem nawet przyznać, że je polubiłem, bo dzięki nim czuć było ten wyjątkowy, świąteczny klimat, który wreszcie zacząłem doceniać.
Ktoś pociągnął mnie za rękaw kurtki na tyle mocno, że musiałem się zatrzymać. Wiedziałem, że był to Frank, no bo któżby inny? Odwróciłem się do niego przodem, unosząc brwi w niemym pytaniu. Przyjrzałem się mu badawczo. Wszystko na jego twarzy zdradzało, że nad czymś się wahał – w bursztynowo-złocistych tęczówkach dostrzegłem niepewność, na ustach błąkał się nieśmiały uśmiech, a do tego rumieńce na policzkach.
- Co jest, Frankie? – spytałem po chwili, gdy on uparcie milczał. Chyba jednak wciąż nie zamierzał mi niczego wyjaśniać, bo po tym pytaniu tylko bardziej się zarumienił i przygryzł dolną wargę. Wyglądał naprawdę uroczo, kiedy tak robił, ale w tej chwili chciałem się jednak dowiedzieć, co mu chodziło po tej ślicznej głowie. – Frank, powiesz mi? – Zacząłem się niecierpliwić. Kiedy się zatrzymaliśmy zrobiło się dużo chłodniej, więc chciałem już szybko dotrzeć do ciepłego domu.
Frank zrobił się cały czerwony na twarzy, chyba jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. Tylko niech nie próbuje mi wciskać kitów, że to z zimna, bo nie uwierzę.
- Frank…?
Znów nie odpowiedział. Jeszcze chwilę patrzył na mnie niepewnie, po czym spojrzał w górę, a ja podążyłem wzrokiem za jego spojrzeniem. Nad nami wisiała nieduża, zielona gałązka, zawieszona czerwoną wstążką na jednym z drzew, które znajdowały się między latarniami.
- Jemioła – odezwał się w końcu, jednak tak cichutko, że ledwo go usłyszałem. Zmarszczyłem czoło. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens tego słowa. Staliśmy pod jemiołą. Och.
Kiedy wróciłem wzrokiem do Franka ze zdumieniem zauważyłem, że chłopak przysunął się do mnie na tyle blisko, że mogłem poczuć bijące od niego ciepło. Nie zdążyłem nawet mrugnąć, a nasze usta już złączały się w pierwszym pocałunku, którego tak wyczekiwałem. Nie wiem, kto wykonał ten ostateczny krok, po prostu się stało, tak nagle i niespodziewanie. I trwało, wydawało mi się wtedy, że w nieskończoność. Czas cudownie się dłużył, zatrzymując nas w tej magicznej, przepięknej chwili, która była pewnym przełomem w naszym życiu i naszych relacjach. Chwili, którą mieliśmy już na zawsze zapamiętać.
Resztę drogi do domu przemierzyliśmy trzymając się za ręce. Nie zamieniliśmy ani słowa; nie były w tej chwili potrzebne. Wystarczyły nasze przepełnione szczęściem uśmiechy i rzucane sobie ukradkiem radosne spojrzenia. Kiedy nasz wzrok się spotykał, czułem że kąciki moich ust unoszą się jeszcze wyżej, chociaż za każdym razem byłem pewien, że wyżej już się nie da.
To były drugie święta z rzędu, które spowodowały ważną zmianę w moim życiu. Uczyniły je znacznie lepszym, a mnie dużo szczęśliwszym. Mogę nawet stwierdzić, że spełniły moje marzenia. Rok temu tak bardzo pragnąłem wyrwać się z tej ponurej samotności i udało się, poznałem Franka. W tym roku odkryłem, że to, co czuję do tego chłopaka, znacznie wykracza poza granice przyjaźni, ale nawet nie sądziłem, że moje uczucia mogą być odwzajemniane. A jednak, były. Nie mam pojęcia, ile jeszcze żyłbym w tej okropnej niewiedzy, gdyby Frank nie zatrzymał się pod jemiołą. Nie wiem, kto odważyłby się na pierwszy krok i kiedy, gdyby nie ta mała gałązka.
Magia świąt? Możliwe.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

* cytat z książki Cassandry Clare, jeśli dobrze pamiętam to z "Mechanicznego Księcia"

Kolejny szot, trochę spóźniony, bo świąteczny, ale chyba lepiej późno niż wcale :3
Mam nadzieję, że jest okej i nie ma błędów, bo sprawdzałam kilka razy, ale mogłam coś przeoczyć. Końcówka trochę nie taka, jaka miała być, bo męczę tego szota już tak długo, że chciałam go w końcu skończyć ;;;; 


1 komentarz:

Archiwum